Właśnie odgrzewam (odczytuję) sobie starego kotleta z CrossDressing – mini i szpilki a “bycie kobietą”. Piszę akurat tu, bo nie chcę się wypowiadać na forum, żeby nie robić kolejnego, bezsensownego flejma.
Tak na wstępie chciałabym doprecyzować tytuł wątku: nie powinien on brzmieć: “mini i szpilki a bycie kobietą”, bo noszenie mini i szpilek z nikogo nie zrobi kobiety, mimo cudzysłowia…. rodzimy się tacy albo inni i na to nie ma rady, ale zamiast tego bardziej adekwatnie brzmi: “mini i szpilki, a czucie się kobietą”.
Jakby nie spojrzeć, noszenie mini i szpilek, i w ogóle jakichkolwiek kobiecych ciuchów nie jest dla mnie wyznacznikiem poczucia kobiecości. Nie wiem jak u innych dziewczyn, ale we mnie poczucie kobiecości pojawiło się niewiele później niż sięga moja pamięć i jeszcze nie było związane z ciuchami. Od zawsze czułam, że nie jestem taka jak inni chłopcy w moim wieku. Nigdy nie lubiłam kopania piłki (na wuefie stawiali mnie na bramce albo zamiatałam bieżnię, bo do niczego innego się nie nadawałam) i do dziś nie jestem w stanie pojąć swoim małym rozumkiem, co może się komuś podobać w futbolu czy koszykówce. Za to fajne było skakanie w gumę z dziewczynami i bawienie się Barbie kuzynek.
Wydaje mi się, że dla niektórych dziewczyn noszenie ciuchów uznanych społecznie za synonim kobiecości stanowi sedno wszystkiego. O, tak! Ubrać się jak ta lala, wymalować i może nawet wyjść tak z domu. No tak, może to ja jestem spaczona psychicznie, bo parę lat temu opuściłam dom rodzinny i mieszkam sama, albo dlatego, że teraz ciuchy rzadko kiedy mnie podniecają seksualnie…… ale takie rzeczy nigdy nie były dla mnie czymś lepszym od innych, kobiecych ciuchów.
Szpilki i mini? Ok, suuuper, ale tylko wtedy, kiedy mam “lepszy” dzień lub taki bardziej naładowany hormonami i akurat mam na nie ochotę. Wtedy mogą być nawet koturny od 17 centymetrów w górę. Jednak na co dzień wolę niski lub płaski obcas: płaskie muszkieterki, oficerki, butki na kaczuszce, balerinki, albo (o zgrozo potworna!) damskie Pumy czy Nike. Do tego potrafię założyć (równie przerażające!) spódniczki przed kolano, legginsy i tuniki z golfem, sweterki, szmizjerki, biurowe koszule, zwykłe dżinsy, rurki, bojówki czy dzwony, no i ba! mam nawet kilka zupełnie długich spódnic i sukienek!
No i uwierzcie mi (albo nie), że naprawdę nie czuję się w nich mniej kobieco. Być może nie tak seksownie jak w kusej sukience cheongsam, botkach Miss Sixty czy czółenkach z Pleasera i nylonowych pończochach, ale wcale nie mniej kobieco.
Z natury jestem obserwatorką-introwertyczką. I może też dlatego obserwuję “genetyczne” dziewczyny, i te znajome i te, które prawie każdego dnia przewijają się przed moimi oczami. Zauważyłam, że większość z nich wysoki obcas i krótką spódniczkę traktuje albo jako element firmowego “munduru” (łatwo poznać po stonowanym kroju) albo czegoś na szczególne okazje. Ze wszystkich moich kilkunastu znajomych tylko jedna pomyka na co dzień w szpilkach tylko dlatego, że to zwyczajnie lubi.
W każdym razie obserwuję, uczę się i wyciągam wnioski. Dlatego kupuję sporo ciuchów i butów takich, jakie noszą dziewczyny w podobnym wieku.
I jest mi z tym dobrze, i jest mi z tym kobieco, bo dla mnie kobiecość to mniej zewnętrzny “look”, a bardziej to coś co jest we mnie.
dorotatv
jabber.org






