Sen chyba trochę mnie zmorzył. Z przerażeniem spojrzałam na zegarek, po czym głęboko odetchnęłam z ulgą. Do mojej stacyjki pozostało jeszcze całe dwadzieścia pięć minut. A jednak dwadzieścia pięć minut to niewiele jak dla kogoś, kto musi w tym czasie zrobić się na bóstwo, lub przynajmniej jego pozór. Dziękowałam sobie w duchu za moją kobiecą naturę, za to, że wszystko zawsze mam dobrze przemyślane i zaplanowane.
Zdjęłam z półki moją wielką torbę i niewiele mniejszy plecak – jednak kobiecość ma swoje wymagania. Wyjrzałam na korytarz. Nie było nikogo, nikt się nie kręcił, żeby mnie zaskoczyć podczas małego make-up.
Na początek zdjęłam martensy, w których spędziłam całą podróż. Moje stópki odziane w gęste podkolanówki odetchnęły z ulgą i z radością przyodziały się w czarne, skórzane balerinki z kokardką, na płaskim obcasie. Martensy szybko ubiłam w torbie, jednocześnie wyciągając z niej kosmetyczkę ze wszystkimi moimi akcesoriami. Korzystając z kolejowego lustra szybko zawinęłam zalotką rzęsy, ale już ich pociągnięcie tuszem sprawiło mi nie lada problem. W końcu mi się udało, mogłam uwodzicielsko spojrzeć spod nieziemsko długich rzęs. Teraz przyszła nomen omen kolej na cienie do powiek, pomadkę i konturówkę – przeklinałam w tej chwili tych, którzy kładli takie wyboiste tory, i tych, co konstruowali takie nieamortyzowane pociągi, w których trans-dziewczyna ma problem, żeby zrobić sobie make-up, cholerni ignoranci.
Zamrugałam powiekami – chyba wyglądały dobrze. Usta zwinęłam w cmok – też chyba nieźle, pomyślałam – nie wyzywająco, ale w stu procentach kobieco i może w jakiś sposób erotycznie. Fluidu nie użyłam – wieczorem nie było po co. Pazurki miałam już zrobione na lekkie french manicure już przed wyjazdem, bo w pociągu i tak by nie byłoby jak tego zrobić, a french manicure mało rzuca się w oczy.
Spojrzałam na siebie siląc się na tak wiele samokrytycyzmu na ile było mnie w tej chwili stać. Musiałam sobie przyznać, że chyba wyglądałam dość dobrze. Czarna bluzeczka z długim rękawem, na nią zarzucona krótka dżinsowa kurtka, sztruksowe dzwony, balerinki… “Ekstra” – pomyślałam. Wyciągnęłam z głębin kosmetyczki mój ulubiony flakonik – J’Adore Diora, mgiełka perfum owiała mnie czyniąc mnie jeszcze bardziej kobiecą. Spojrzałam na buteleczkę z likierem ziołowym… “Nie”, pomyślałam – cokolwiek ma stać się dziś, niech stanie się przy pełnym udziale mojej świadomości. Czułam się mimo wszystko popieprzenie seksownie – bałam się tego, co miało się stać tak, że aż żołądek miałam w gardle, ale uczucie ekscytacji było silniejsze.
Według rozkładu pociąg za pięć minut miał być na stacji, więc nie pozostało mi wiele czasu na zebranie moich obfitych bagaży.
07
lut
08
caress.com






0 Odpowiedzi do “Fantazja, cz. II”