Niedawno odpisywałam na email jednego z moich najbliższych znajomych. W tym emailu poruszyłam temat, który może jest nieco drażliwy dla wielu trans. Po opublikowaniu tego postu pewnie będę obrzucona błotem, ale co mi tam – nie zależy mi.
Chodzi o to, że większość trans nie potrafi się ubrać, o makijażu nawet nie wspominając. Owszem, nie jestem wyrocznią w tym temacie, i pewnie nie jestem doskonała, ale istnieje kilka tak rażących błedów, które popełaniają trans-dziewczyny, że to aż bierze zgroza.
Błędem numer jeden jest dla mnie brak naturalności. Czy “genetyczna” dziewczyna mająca 185 cm wzrostu założy szpilki? W życiu. Chyba, że jest z facetem, który jest od niej wyższy, lub na jakąś specjalną okazję. Czy “genetyczne” dziewczyny chodzą ciągle w mini i różowych butach, a do tego zakładają czarne rajstopy? W życiu! Chyba, że są to bułgarskie prostytutki. Ale czy o taki image chodzi?
W ten błąd wpisuje się pytanie, które jest dla mnie wskazaniem, czy ktoś jest trans, czy tylko gejem w spódniczce (kimś, kogo tylko podnieca zakładanie damskich ciuchów w celu seksu): “przebierasz się” czy “ubierasz się”?
Ja, z pełną świadomością mogę powiedzieć, że “ubieram się”. Nie podnieca mnie zakładanie na codzień damskich ciuchów, dla mnie to normalne, dobrze się w nich czuję i tyle. Po prostu… normalnie. I nie wyobrażam sobie życia bez nich. Pewnie, czuję dreszcze emocji, kiedy stroję się w bardziej erotyczne kreacje, ale która kobieta tak nie ma?
“Przebierałam się” kiedy miałam 14 czy 16 lat. Kiedyś prawie powodowało orgazm samo założenie maminych rajstop. Wtedy nie wiedziałam kim jestem, nie umiałam się określić. Teraz mam własną, naprawdę dużą garderobę, i wiem kim jestem.
Drugi najczęstszy błąd, to makijaż. Nigdy, ale to nigdy w życiu nie podkreśla się jednocześnie i ust i oczu. Albo jedno albo drugie. Naprawdę dobrze zrobiony makijaż powinien podkreślać atuty i tuszować wady, a w tym celu musi być dopasowany do cery, koloru i wielkości oczu, wielkości ust, itp., ale powinien pozostawać niemal niezauważalny.
No i sprawa trzecia, czyli kompletny brak gustu i własnego stylu. Błękitna mini-biodrówka, z czarnymi rajstopami i różowymi szpilkami przywodzi na myśl tylko tirówkę. OK, może komuś tak dobrze, nie moja sprawa, ale po co późniejsze żale, że jakieś dresy kogoś pogoniły? Przecież od razu widać nienaturalność. Szczególnie wtedy, kiedy ma się nieogolone nogi. Czy naprawdę tak trudno się depilować? Niektórzy powiedzą, że nie wytłumaczą tego żonie albo dziewczynie. Trudno. Albo jest się trans, albo gejem w spódniczce. Jeżeli jest się trans, ale z orientacją ku kobietom, to po co zakłamany związek? Czy nie łatwiej powiedzieć wprost? A jeżeli woli się facetów, w kobiecym sensie (prawdziwy transseksualizm, czyli kobieca płeć mózgu), to po co związek z kobietą? Nie ma wytłumaczenia, bo to nie przychodzi nagle, w wieku lat czterdziestu.
Mam własny styl. Może się komuś podobać albo nie. I nie za bardzo mnie to obchodzi. Przedkładam naturalność, czyli to, co noszą na codzień “genetyczne” dziewczyny nad tym, co transkom wydaje się kobiece. Na codzień (do sklepu, na uczelnię, itd.) ubieram się unisex: trudno po samym ubiorze określić czy jestem dziewczyną czy chłopakiem. Zgadzam się, że jest to jakieś pójście na łatwiznę, ale nie żyjemy w Belgii czy Holandii, gdzie tolerancja jest o poziom wyżej. Wolę moje sztruksowe dzwony i baleriny niż wygląd taniej dziwki.